Przejdź do głównej zawartości

 

Moi drodzy, 

chciałabym was bardzo przeprosić za obsuwę czasową w dostarczeniu nowego posta, jednak ostatnie wydarzenia w Polsce i to, że wreszcie udało mi się ruszyć na uczelni z normalnym trybem zajęć, po wcześniejszym zablokowaniu platform internetowych (długo by opowiadać, wiszenie na infolinii przez kilka dni pod rząd i okupowanie telefonów wszystkich pracowników administracyjnych, IT, to raczej opowieść pełna zniechęcenia i znużenia, meh. Wreszcie się udało i jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu, że mogę wrócić na studia! :)) sprawiły, że kompletnie o tym zapomniałam. Kiedy już wróciłam z protestu, nie miałam siły pisać. Tyle się działo. Znów jestem rozdarta i nie wiem, po czyjej stronie stoję, dzieci nienarodzonych i tych, którzy załamują ręce nad ich losem, czy z drugiej strony, nad zrozpaczonymi matkami trwale uszkodzonych i niepełnosprawnych od narodzenia istot. Kobiet krzyczących czy kobiet płaczących. Nie wiem i chyba się na razie tej wiedzy nie posiądę; dajmy czasowi po prostu płynąć, odpowiedź dotrze do nas sama


A teraz czas na tekst drugi z cyklu ,,o chłopach mojego życia" ;). Zapraszam do czytania i cieszenia się życiem, jakkolwiek trudne by ono nie było. Trzymajcie się! Jeszcze będzie przepięknie! <3


Wasza Agata


TYP DRUGI- narkoman, uzależniony pomimo i niechcący



Zazwyczaj nieznajomym osobom imponowała moja uważność i bystrość obserwacji, skrupulatność dobijająca co poniektórych bliskich, którzy często bywali w moim pokoju albo ze mną przez jakiś czas mieszkali (dawało się to we znaki również na kilkudniowych wyjazdach), np. w pedantycznym sposobie organizowania swojej garderoby, ale i przede wszystkim śledczy temperament i zapał do odkrywania nawet najmroczniej, najbardziej skomplikowanej prawdy o sobie i drugim człowieku. Nawet te liczne cnoty, które świeciły wówczas ,,jako lampy na tym czarnym niebie", nie potrafiły mnie ochronić przed rozczarowaniem chłopakiem, w którym pokładałam tak wielką nadzieję na przyjaźń, możliwość zaufania mu bez przeszkód, może nawet związek i założenie niejednorodnej, roztrzepanej, artystycznej rodziny.

Poznaliśmy się na Instagramie. Kazik (imię zmienione)natknął się tam na mnie chyba przez przypadek i zaczął prędko obserwować. Uwielbiał muzykę folkową, Rammsteina i Grechutę a także malarstwo i prozę Witkacego. Był bystrym, wrażliwym i oczytanym chłopcem, z którym mogłam rozmawiać przez komunikatory internetowe godzinami, tematy nigdy się nie kończyły, zawsze pozostawał jeszcze jakaś jedna piosenka do podesłania, obraz do pokazania, który skojarzył mu się z tematem naszej rozmowy- bowiem wspomniałam, że lubię van Gogha, dyplomatycznie odpowiadając na jego pytanie o mój stosunek formalny i osobisty do sztuki surrealistów. Odparłam, ze z tych wyżej wymienionych, to tylko i wyłącznie Dali- no i znalazł mi, skubaniec, przeróbkę obrazu, na którym znaleźli się obaj ci twórcy w aucie. Kierownicę trzymał umięśniony Vincent w obcisłym, czarnym podkoszulku, zaś z tyłu kabrio, jak zwykle czujnemu Salvadorowi towarzyszyła Frida Kahlo a wszystko zasłane było okrywającą ich z góry nocą gwiaździstą. Moim u k o c h a n y m dziełem tego malarza.

Nie wiem, które z nas dbałoby o opłacanie rachunków albo o to, byśmy mieli co jeść, a nie żyli jak ci bohaterowie z piosenki Osieckiej, co to ,,opierunek i wikt zamienili na poezję u Dantego". Ale bylibyśmy bez wątpienia szaleńczo w sobie zakochani ciągle szalenie szczęśliwi wspólnie... do czasu, aż nie zachciałoby mu się znowu kopnięcia po stymulantach.

Kryształ też był niczego sobie; mój luby niczym nie pogardzał. Wciągał, wąchał, pił, smagał, wspomagał, rzygał, zagryzał, pił, i tak od nowa. W najgorszych okresach zarówno mojego, jak i jego, nerwowego, kruchego życia, mierzonego nieledwie kolejnymi oddechami, przeżytymi minutami i godzinami, aniżeli kolejnymi etapami edukacji, marzył o skończeniu ze sobą. Być może w tożsamym czasie marzyliśmy o tym wespół, w zespół, oboje, gapiąc się zapuchniętymi z płaczu i niewyspania oczami w ten sam krwawy, nieprzejednany księżyc podczas jego zaćmienia. Być może. Prędko się tego nie dowiem, bo to nie trwało nawet miesiąc. Na szczęście.

O jego uzależnieniu i dawnym/ częściowo obecnym stylu życia dowiedziałam się przez przypadek, kiedy na etapie regularnej wymiany wiadomości, i sporego zaangażowania z mojej strony, wysłałam mu pewnej nocy nastrojowy utwór do poduszki-a on odpisał mi na nią po pijaku, wracając rozweselony z urodzin kolegi. Wybrał isę na nią,  pomimo diagnozy choroby mrożącej nam teraz wszystkim krew w żyłach, codzienny tryb pracy i stosunki społeczne- koronawirusa.

Pomimo stwierdzonego zakażenia, nie podejrzenia, ZAKAŻENIA, kurwa jego mać, i trwającej ciągle kwarantanny, pod koniec jej trwania wykradł się chyłkiem na tę domówkę. Dziękowałam wówczas Bogu, że nie wpadł jeszcze na pomysł imprezy w klubie. To powinien być dla mnie sygnał ostrzegawczy, lecz oczywiście nie wystarczył. Nadal zaślepiona i coraz bardziej zaniepokojona stanem jego zdrowia, kazałam mu się zameldować zaraz po powrocie do domu. Tak też zrobił, co mnie nieco uspokoiło, przyznaję. Zapraszał mnie serdecznie do oprowadzania po jego rodzinnym mieście, gdybym znów kiedyś do niego trafiła (opowieści o moich podróżach po Polsce z ostatnich lat to temat na osobny cykl, dlatego nie będę tu wyjaśniać, gdzie byłam dokładnie, i po co; również ze względu na ochronę danych osobowych i prywatności Kazika).

Następnego dnia jednak dopiero spadła mi bomba na głowę. Poruszyłam wątek wczorajszej nocy, za którą mnie przeprosił, ponieważ nie powinien do mnie pisać, będąc w takim stanie. Postanowiłam kuć żelazo, póki gorące i spytałam go, jak często pije. Wtedy odparł, że jak na standardy swojej społeczności wcale mało xD (hehe, takie śmieszne), jedynie jakiś czas temu miał problem z określonymi substancjami- tu padły nazwy, których się nie spodziewałam, związków chemicznych, po które nigdy bym świadomie nie sięgnęła.

 Zmroziło mnie kompletnie i siedziałam przed tym komputerem jak jakaś Niobe, żona Lota, jak ten nieszczęsny słup soli. Poszłam do kuchni zaparzyć herbate, żeby choć przez chwilę nie musieć sie bać o niego, nie czuć lęku, namiętności i przerażenia zmieszanych ze sobą. Wtedy dopiero zaczęły walić mi serce, a kiedy palpitacje nie ustawały, do tej orkiestralnej kanonady wzruszeń dołączyły jeszcze spocone ze stresu ręce.

,,Co? I to miał być mój chłopak?" mruknęłam w myślach, wyciągając trzęsącymi się rękami torebkę z filiżanki. Wróciłam do pokoju, dopisałam kilka zdań, przeczytałam jego chaotyczny wywód, mający na celu skierować dyskusję na inne tory, ale ja nie byłam już skora do łatwych rozproszeń. Zszokowana trwałam przed ekranem, nie wiedząc, co pisać dalej. Chyba nie trzeba już nic. Po wyczerpaniu mojego zasobu słów dodałam kilka grzecznościowych zwrotów, pożegnałam się i odcięłam na stałe.


Trafił swój na swego

Agnieszka Osiecka


A myślałam, że to potrwa chyba z rok,
Że nikt jeszcze nie zawrócił mi tak w głowie,
Że twój uśmiech prześladuje mnie co krok,
Że nareszcie może sprawdzi się przysłowie:

Trafił swój na swego
i dobrze im tak,
no, dobrze im tak,
niech się całują,
a przechodniom co do tego

Trafił swój na swego,
nie obchodzi ich nikt,
opierunek i wikt
zamienili na poezję u Dantego.

Wyłączyli telefon,
nie poznają znajomych,
tak się cieszą i cieszą,
jakby to był ich pomysł.

Trafił swój na swego
i dobrze im tak,
i w grudniu śpiewa im ptak,
w oczach tańczy im świat!

To nie trwało nawet miesiąc, gdzie tam - rok,
i skończyło się ni z tego, ni z owego.
Nie wiedziałam, jak się zdobyć na ten krok,
lecz musiałam, cóż, musiałam - dla innego...

                            ze strony ,,LIRYKA, LIRYKA... słowa i muzyka"

(http://liryka-liryka.blogspot.com/2016/03/trafi-swoj-na-swego-agnieszka-osiecka.html)

Na szczęście.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

 Ten blog miał teraz zejść na tematy miłosnych porażek i typów, którzy niechcący lub chcący zagrodzili moją życiową drogę, ale chyba nic z tego. To sie nie może powieść, bo nie mam świeżego materiału do mojej pisaniny z głębi serca. Po prostu szczęśliwie się zakochałam. Nawet mnie czasem się to zdarza. Jestem zaskoczona chyba bardziej, niż ktokolwiek inny, nawet mocniej niż odbiorcy tego tekstu. Przepraszam zato niefortunne zdarzenie i obiecuje dowieźć, co moje, jak tylko prędko się da. Tym razem już wiem, że ,,nie ma, że się nie da". Ament.
  Albowiem, kto był kiedy uwikłany w trójkąt miłosny, zrozumie, o czym mowa. Z jednej strony masz ogromne możliwości kontaktu z bliską osobą, której partner jest gdzieś tam, hen daleko, prawie nie istnieje; na innej ścianie kraju, kompletnie odmiennym kierunku studiów, który nie licuje z w a s z y m i zawodowymi zainteresowaniami, on przecież się nie liczy- a przecież to jest właśnie najważniejsze, prawda? ***** *** ***** Perspektywa tej drugiej Tyle was łączy, dwie artystyczne, mrukliwe, splecione ze sobą blisko dusze. Spędzacie razem wiele czasu, widujesz go codziennie, swój obiekt westchnień, a on podżega ciebie do jeszcze większego rozpłomienia tkliwości, przyjaźni, rozkoszy oczekiwania, aż wróci z weekendu z nią i zaangażowanego pożądania, które towarzyszy ci stale, ale też niekiedy nachodzi cię nagle, falami, i zdaje się, że nic nie może go już powstrzy...